Ben Nevis - najwyższy szczyt Szkocji... i całych Wysp Brytyjskich. Wejście 06.2017 czyli jak to ogarnąć i na co się przygotować? - draVska
Ben Nevis - najwyższy szczyt Szkocji... i całych Wysp Brytyjskich. Wejście 06.2017 czyli jak to ogarnąć i na co się przygotować?

Ben Nevis - najwyższy szczyt Szkocji... i całych Wysp Brytyjskich. Wejście 06.2017 czyli jak to ogarnąć i na co się przygotować?

Brak komentarzy
     Podczas naszej tygodniowej wyprawy motocyklowej do Szkocji, postanowiliśmy popatrzeć na świat z góry. Czy nam się udało? ;)

     Motocykle zawiozły nas aż pod Ben Nevis - najwyższy szczyt Wysp Brytyjskich i Szkocji, który zaplanowaliśmy zdobywać trzeciego dnia naszego szkockiego tripa. Rozbiliśmy namioty na polu namiotowym Glen Nevis. To dobry wybór, ponieważ zaraz spod pola można zacząć swoją wyprawę na szczyt.
     Bardzo przyjemne miejsce, z ładnym widokiem na góry. Jest sklepik, czyste łazienki i prysznice. Niestety - trafiliśmy na okres midges - gryzły jak opętane. Ale i na to jest sposób. W sklepiku można dostać specjalny cover na głowę, który chroni nas przed tymi małymi, koszmarnymi wampirkami, których ugryzienia później swędzą i czerwienieją. Dzisiaj wyglądam, jakbym miała trądzik przez te małe małpiszony! ;)
Taka mała muszka a taka upierdliwa w grupie ze swoimi siostrami!
Człowiek wygląda w tym trochę śmiesznie, ale jest to bardzo pomocne. Cokolwiek chce się zrobić bez tego - muszki skutecznie to uniemożliwiają.
     Tak wyglądaliśmy przed tym, jak midgetsy, czyli te upierdliwe muszki, wylazły ze swoich kryjówek na żer na ludziach ;)Cwaniaki - przecież to tylko muszki! Czego tu się bać, po co siać dramę? :)
      Tak wyglądaliśmy w trakcie, zanim kupiliśmy narzutki na łepetynę... Miny nam trochę zrzedły, ale jeszcze dawaliśmy radę ;)
      A tak na przykład wygląda ręka Grega po powrocie... Jakby każde z nas dostało ospy ! ;)
Zapomnieliśmy kiełbasy na grilla z domu, więc grzane wino i zachód słońca (za to jaki!) musiał nam wystarczyć ;)
     Dzień 3 - dzisiaj wchodzimy na Ben Nevis! Pogoda w miarę ok, nie pada, a to już połowa sukcesu :) Wszyscy uśmiechnięci, pełni sił i gotowi do drogi.
Na mapie wygląda niewinnie i niepozornie - za to nogi mówią co innego ;)
Step counter zwariował! ;)
     Tracker nabił 14,3 kilometra w prawie 7 godzin! No cóż - to była ciężka trasa... A kondycja pozostawiła wiele do życzenia... ;) Momentami miałam kryzys i myślałam, żeby odpuścić, ale spięłam się w sobie i góra zdobyta! :) Pokonaliśmy ponad 30.000 kroków idąc na szczyt.
 Po drodze na górę mija się piękne jezioro Lochan Meall An T-Suidhe (te nazwy szkockie czasami łamią język!), które jest dobre na pauzę w drodze, albo mały piknik dla tych, którzy nie planują wejścia na samą górę.
Lochan Meall An T-Suidhe
 Wejście do najprostszych nie należy, jest kręte i wije się tak, że nie widać co jest dalej, a na wyższych partiach nie idzie się kamiennymi stopniami, a gruzowiskiem. Człowiek myśli, że to już zaraz, a okazuje się, że guzik prawda i jeszcze trzeba dreptać kolejne godziny.
Cudowne widoki i chmury, które wędrują po zboczach - dla tych widoków na prawdę warto! :)
     Mniej więcej od połowy wysokości zaczyna dość mocno wiać i pojawia się strefa chmur, na które wcześniej mogliśmy patrzeć z dołu. Warto przygotować sobie ciepłą bluzę i przeciwdeszczową kurtkę - wilgoć panująca dookoła przesiąknie zwykłe ciuszki. O butach nie wspominam, bo to podstawa. Dodam też, ze warto wyjść Z SAMEGO RANA - widzieliśmy osoby idące popołudniową porą - troszkę nieroztropnie, ponieważ należy wziąć poprawkę na czas wejścia i zejścia oraz na to, że w górach pogoda płata figle.
    Po drodze trafimy na kaskadę wody, gdzie można uzupełnić butelki z wodą - jest krystalicznie czysta, można ją pić i nikomu nic się nie stanie - przetestowane! :) 
 W mniej więcej trzech czwartych drogi do szczytu droga z kamiennych stopni przeradza się w gruzowisko i kamienne osypiska.
Im wyżej tym zimniej i wietrzniej. A na samej górze - śnieg! :)
 Na szczycie można zobaczyć najwyżej położony pomnik Wysp Brytyjskich upamiętniający poległych żołnierzy w 1945 roku.
     Ben Nevis zdobyty! Było ciężko, były wątpliwości i później zakwasy (kto miał ten miał :P), ale dla tych widoków i satysfakcji warto! Tym bardziej, że wchodząc na Ben Nevis zaczynamy prawie z poziomu morza, czego nie można powiedzieć np. o Zakopanym i Giewoncie ;) Szybka fotka i uciekaliśmy, ponieważ tak wiało i było zimno, że nikomu nie uśmiechało się tam stać długo. 
 Po zejściu, padnięci jak kawki, testowaliśmy w namiocie lokalną szkocką z destylarni Ben Nevis Distillery, która jest kawałek za polem namiotowym. Koiła zbolałe mięśnie idealnie i sprawiła, że posnęliśmy jak dzieci.  ;)Polecam!

Publikowanie komentarza

Dzięki, że zostawiasz po sobie ślad - to zawsze motywuje :)