Eurotrip 2016 - podsumowanie 10 państw, 20 dni + ślub :D - draVska
Eurotrip 2016 - podsumowanie 10 państw, 20 dni + ślub :D

Eurotrip 2016 - podsumowanie 10 państw, 20 dni + ślub :D

Brak komentarzy
     Człowiek nie pamięta dni. Człowiek pamięta emocje i momenty. To dla nich żyjemy. I to je wspominamy. Czasem ze łzami w oczach, czasem ze złością czy rozczuleniem...
     Cieszę się, że będzie mi niejednokrotnie uśmiechnąć się do wspomnień.

Żeby stworzyć coś pięknego i przeżyć niesamowite chwile, tak jak w naszym przypadku, potrzebujesz:
- 1 motocykl
- 2 osoby
- 10 państw
- 20 dni
- 6000 kilometrów
- Setki przygód
- Tysiące chwil, momentów i emocji

Wymieszaj to wszystko ze sobą starannie, a uzyskasz wspomnienia na całe życie...  :)
Dzisiaj małe podsumowanie naszego tripa po Europie, a właściwie jej 9 krajach:
  1. Anglia
  2. Francja
  3. Włochy
  4. Luxemburg
  5. San Marino
  6. Watykan
  7. Belgia
  8. Niemcy
  9. Austria
  10. Monako
Dzień 1 - Dover (UK), Troyes (Francja)
     Spakowani i gotowi do drogi. Na trasie do Dover, na nasz zabukowany prom, natrafiamy na kilkudziesięcio (!) kilometrowy korek spowodowany zaostrzeniami na granicy Francuskiej. Sprawdzają wybiórczo auta. I ludzi tez sprawdzają - po zamachu w Nicei. Większość nieprzygotowana na taką sytuację stoi na autostradzie bez możliwości zawrócenia. Upał. Małe dzieci, brak zapasów jedzenia i picia. My motorem, więc filtrujemy i dojeżdżamy do promu, choć nie na 10:00, a na 13:00. Przed wjazdem na prom spotykamy Polską parę, która opowiada nam, że jechali do promu od godziny 23 dnia poprzedniego. Ponad 12 godzin! Później dowiadujemy się z tv, że trwało to bardzo długo, po tygodniu nadal były obostrzenia, a osobom w samochodach zrzucano wodę z helikopterów. Wypływamy, a nad głowami i portem lata helikopter BBC News .
     Podróżując przez Francję mam permanentne przeświadczenie o tym, że jestem w domu. Piękne łany zbóż, łąki pełne maków, chabrów i kąkoli, duże murowane domy, duże podwórza, tu i ówdzie kombajn, szerokie trasy, i wszechobecne lasy... :) Piękny kraj, jak i Nasza Polska.
     W porównaniu z Anglią jest tu jakby swobodniej, a na wsiach panuje słodkie lenistwo, bez tego 'brytyjskiego porządku'.
     Na parkingu przy markecie byliśmy 10 minut, a podeszły do nas 3 osoby, pogadać o podróży i motorze, powiedzieć, że ktoś z ich rodziny czy znajomych był w Polsce, pożyczyć udanej podróży... Miły i otwarty naród.
     Zrobiliśmy blisko 700 km, dotarliśmy do pierwszego miejsca noclegowego - hotel F1 daje nam się wyspać za małą kasę.

     Szampania we Francji. Kaski malowane przez mistrza aerografu - Piotra Parczewskiego. Dumnie reprezentowały nasz kraj i chroniły nasze szalone głowy ;)



:)Dzień 2 - Szampania i Annecy, zimowa stolica Francji.
     Zaliczamy ten dzień do mega udanych. Przejechane ponad 450 kilometrów.
     Francuzi to bardzo ciepły i przyjazny naród. Choć mało kto tutaj mówi po angielsku, wiele osób nas zagaduje. Pytają o kraj, z którego pochodzimy, widząc Polskie flagi na motorze i kaskach mówią, że Polska jest 'superb' a zachęceni naszymi uśmiechami rozmawiają i życzą 'Bon Voyage' po ich kraju. Wiele osób nam macha, gdy przejeżdżamy. Jestem zadziwiona wręcz otwartością ludzi, która jest tak niespotykana w UK.
     Bardzo podoba mi się też zwyczaj motocyklistów, pozdrawiania się znakiem pokoju. W Anglii raczej stosuje się skinienie głową (chyba ze względu na manetkę gazu...), a takie machanie i pokazywanie rękami dwóch palców ułożonych w znak peace jest na prawdę spoko :)
     Region Szampanii (Champagne)nas zauroczył. Wzgórza usłane winnicami, malownicze widoki, ahhh ;)
     Wielkie jezioro Lac d'Annecy w miejscowości Annecy (taka trochę stolica zimowa Alp)na tle potężnych gór, które je otaczają, robi wielkie wrażenie! Łapie nas tam ulewa tak straszna, że w przeciągu 5 minut przesiąkamy do suchej nitki, a panie w Mc Donaldzie, gdzie się chowamy przed deszczem, mopują pod nami podłogę z jeziorka, jakie z nas spływa... Trochę nam głupio, ale co zrobić, gdzieś musieliśmy się schować. Bierzemy po wrapie z krewetkami i jedziemy szukać noclegu.
     Na zdjęciu widok z trasy na meandry rzeki L'Ain, widziany z tarasu knajpki Le Regardoir.


Dzień 3 - Briançon we Francji
     Ten dzień pozamiatał nas totalnie! ;)Nawet nie wiem od czego zacząć... Może nie zrobiliśmy jakiejś zawrotnej ilości kilometrów, ale za to jakie cuda widzieliśmy... !  Przecież nie chodzi o klepane bezmyślnie kilometry, a o poznawanie nieznanego, odkrywanie, odczuwanie i przeżywanie....
     Kąpiel w lazurowej wodzie górskiego jeziora, upał, deszcz, tęcza. Przełęcze, granie, poszarpane szczyty i wieczne zmarzliny (Tak! Jaram się jak dziecko, bo widziałam je pierwszy raz w życiu, a pamiętam, jak uczyłam się o nich na kilku geografiach na studiach).
     Kręte drogi alpejskie, krowy z dzwonkami, niczym te z reklam Milki... Dwie fenomenalne, ogromne tamy i objazd tunelu wydrążonego w skale, który rok temu się zasypał, zabierając ze sobą kilka istnień...
     Ogromne amplitudy, najniższa temperatura to 17,5 stopnia, najwyższa to 31, wszystko zależne od wysokości (to dopiero początek - w Rzymie dzienna amplituda osiągnęła maksymalny poziom!).
     Namiot rozbity gdzieś w Alpejskiej wiosce, czas na degustację, kupiliśmy całą reklamówkę dziwnych produktów, których nie znamy. Wieczorem przekonujemy się co to takiego. Jedne rzeczy przepyszne, inne niestety kompletnie nie w naszym guście.

     Mapka podzielona na dwie części ze względu na brak objazdu w mapach google tunelu w górze, który zawalił się i od 3 lat jest odbudowywany.


Dzień 4 - Przełęcze i miasto Cuneo we Włoszech
     Kolejny dzień w Alpach. Amplitudy temperatur coraz większe! Z 29 stopni po pół godziny zrobiło się 14,5. Zarówno po stronie francuskiej, jak i włoskiej.
     Swoją drogą, dlaczego w każdym państwie i języku Włochy to Italia, Italy? A u nas Włochy? Jak skręcone kudły jakiejś... no. Chyba nigdy tego nie pojmę, jak można było spieprzyć tak piękną, śpiewną nazwę Włochami? :P (dla chętnych tutaj wytłumaczenie prof. Miodka dlaczego właśnie Włochy, a nie Italia).
     Przekroczyliśmy granicę na wysokości 2744 m n.p.m. przełęczy Agnel (Col Agnel), choć wszyscy mówią na nią Angel (Anioł). Mieliśmy straszne szczęście, ponieważ dotarliśmy w momencie, gdzie dookoła nie było ani jednej chmurki, ale już 5 minut po naszym przyjeździe, z dołu napłynęły gęste, białe obłoki (magiczny widok patrzeć, jak chmura płynie na Ciebie z dołu. Wygląda to jak czary!).
     Droga wspaniała, zrobiliśmy kilkaset zakrętów, co najmniej! Momentami na prawdę było ciasno i stromo, z boku przepaść... i jak tu się mijają kierowcy busów?? Ale Marek był w żywiole i każdy zakręt pokonał zjawiskowo, mimo przeładowanego motoru i mnie w postaci plecaczka ;)
     Po drodze i na przełęczy Col d'Izoard (2360m) mnóstwo bajkersów, z kilkoma mieliśmy okazję porozmawiać. Każdy ma ciekawe opowieści i doświadczenia. Bardzo dużo par takich jak my - podróżujących po Europie na motorze.
     To co dzisiaj nagrałam z GoPro będzie cieszyć nasze oczy nawet jak będziemy dziadkami :)
     Obiad na wsi we Włoszech. Lokalna restauracyjka prowadzona przez jedną rodzinę. Pierwszy raz w życiu nie dostaliśmy menu. Do wyboru były kolejno dwie potrawy na przystawki, pierwsze danie, drugie i deser. Kompletnie nie potrafiliśmy się dogadać, bo nikt nie mówił tutaj po angielsku. Po kolei przynoszono nam potrawy i pokazywano, co możemy zjeść. Było smacznie :) Zostawiamy napiwek wnukowi, który nas obsługiwał i wskakujemy na motor, a 3 pokolenia prowadzące restauracyjkę wychodzą nam pomachać przed odjazdem ;)
     Filmik z trasy pokazuje włoską stronę i troszkę francuskiej, na przełęczy Agnel, gdzie zalega jeszcze śnieg + kamień dzielący stronę włoską i francuską. Jest kozacko! :)


Część I mapki kończy się niespodziewanie z nieznanej przyczyny, prawdopodobnie nie da się dzisiaj już przejechać do końca tam, gdzie myśmy jechali i Google nie chce wyznaczyć nam tamtędy szlaku (Przez Moulines - en Queyras). Jest sezonowo zamykana i tylko w okresie letnim jest dostępna i przejezdna.


Dzień 5 - Kanion Verdon we Francji
My znów we Francji.
     Zaliczyliśmy kilka przełęczy. Przepięknie! Na jednym ze znaków Marek znalazł Vlepkę Pogoni Szczecin. Nasi tu byli! <3 Żałuję, że nie miałam vlepek dravskiej - też bym zostawiła...
     Kanion Verdon <3 Chyba jedna z najpiękniejszych tras wśród skał i gór. Lazurowy kolor wody, wapienne skały, kanion... 
     Do tego po drodze trasa wśród czerwono - fioletowych gór, gdzie aż 17 tuneli zostało wydrążonych w skałach, a gdzieś daleko na dnie przepaści płynie górski potok...
     Trochę słabo w tej Francji z knajpami. Po godzinie 12:00 do co najmniej 18:00 można zapomnieć o zjedzeniu czegoś innego niż hot - dog. Owszem, restauracje są i prosperują, ale jedzenia nie uświadczysz. Tylko napoje, lody i kawa. Sjesta. Możesz krzyczeć, tupać, prosić, błagać - nie ma. Sjesta i już. Jakaś masakra -.-
     Na polu namiotowym cudownie grają cykady. Tak głośno, że aż zakłócają rozmowę, a pierwszej nocy ciężko zasnąć (tak! są aż tak głośne! włącz głośnik i sprawdź tutaj).
     Zastanawiają mnie natomiast wielkie kokony (?) gniazda (?) na niektórych sosnach. I tylko sosnach i drzewach iglastych. Muszę się przyjrzeć temu z bliska... czy to jakieś domy pająków, gniazda ptaków czy wytwór drzew? Nie mam póki co na to teorii... będę bardzo wdzięczna, jeśli mi to ktoś wyjaśni. 

Kanion Verdon


Dzień 6 - Saint Tropez i Cannes we Francji
     Saint Tropez.
Szczerze...? Mimo tylu filmów, klipów, spotów etc.. nie zrobiło na mnie wrażenia... Ok, może nocą wygląda inaczej. Ale w ciągu dnia szału nie ma... Tłoczno, głośno, posh i ciasno. Zjedliśmy lody i uciekliśmy dalej.
     Ruszamy dalej, jedziemy do Cannes.
Andrzej Wajda, Różowa Pantera czy Sharon Stone - to tylko niektóre z odcisków w alei gwiazd, które udało nam się dzisiaj odnaleźć. W Cannes gwiazdy chodzą też ulicami. Podejrzewam, że kreacja niejednej mijanej dziś Pani, była droższa, niż nasz motocykl :P
          Trafiliśmy na odbywający się tu festiwal sztucznych ogni. Niebo przez prawie pół godziny błyszczało kolorami tęczy, a my delektowaliśmy się winem i francuską kuchnią, klaszcząc 88-letniemu dziadkowi, który obchodził urodziny z przyjaciółmi w tej samej restauracji, w której jedliśmy kolację :)
     Ochrona i zabezpieczenia bardzo wzmocnione po wydarzeniach w Nicei. Całe miasto obstawione żandarmerią i uzbrojonymi wojskowymi. Kontrole, patrole... Pancerne wozy blokują deptaki, a uzbrojeni po zęby żołnierze o śniadych cerach, patrolują ulice... Ale mimo to, i co najważniejsze, ludzie nie dają się zastraszyć! Miasto tętni życiem, mimo późnej godziny. Oby tak dalej Francuzi, nie dajcie się!


Dzień 7 - Nicea we Francji i Monte Carlo w Monako
     Droga do Nicei. Ciepło. gorąco. Jedziemy w samych ciuchach letnich, bez stroi typowych dla motocyklistów. Słońce przyjemnie muska skórę. Póki co tylko dłonie mamy opalone i to na ciemno śniady kolor. Tylko dłonie wystawały z kombinezonów.
     Mijamy pola, lasy, otoczenie się zmienia na winorośla, palmy i suche pagórki...
Nagle dojeżdżamy. Nicea.
     To tutaj nie tak dawno, bo zaledwie kilkanaście dni temu, szaleniec odebrał życie tylu niewinnym osobom, w imię herezji.
     Postanowiliśmy odwiedzić to miejsce, oddać cześć osobom, które straciły tu życie. Telefon pika co chwilę. To Mama, martwi się, że tam jesteśmy, ogląda telewizję, widzi co się działo i dzieje.
     Nas ściska w dołku na samą myśl o tym, co tu się stało. Co działo się na tym deptaku, zaledwie kilka dni temu...
     Ulica po obydwu stronach i park, wraz z wielką karuzelą, zatopione są w tysiącach kwiatów i wiązanek. Ludzie przystają skłaniając głowy w milczeniu.  Przechodzą nas ciarki, chcemy jak najszybciej stąd odjechać. Składamy milczący hołd ofiarom.
     Mam nadzieję, że to szaleństwo terroryzmu się skończy, a obywatele tego przepięknego Państwa będą mogli bez obaw chodzić po swoich ulicach...
Monako. Miasto Monte Carlo.
Tu odbywa się Grand Prix F1/ I to tutaj, nawet w tunelach, asfalt ma błyszczące krształki, niczym te od Svarovskiego...
     Wszechogarniający przepych. Maybachy, Bentleye, Rolls Royce i marki aut, których nawet nie znam. Jachty pomalowane flip flopem (tak!!), większe 30 razy od naszego mieszkanka...
I kontrastujące z tym wszystkim budynki mieszkalne zwykłej klasy robotniczej, gdzie odrapane okiennice i porysowane mury wcale nie pokazują, żeby było to tak słynne Państwo pełne bogactwa i luksusu...

Dzień 8 i 9 - Brescia i jezioro Garda we Włoszech 
     Jadąc do Brescii zahaczyliśmy o Parco Naturale del Beigua. A w górach jechaliśmy w chmurach!
Temperatura spadła do 15 stopni, a obłoki ograniczyły widoczność do minimum.
Po zjechaniu w niższe partie, zrobiło się znów 32 stopnie i pełne słońce!
Brescia.
     Odwiedziliśmy Marka rodzinę, która mieszka tam od lat. No, teraz już naszą rodzinę ! ;) To jak nas przyjęli, ugościli... Kochani, do końca życia tego nie zapomnimy! Rodzinna atmosfera, przemiłe rozmowy, opowieści... aż nie chciało się odchodzić od stołu i iść spać. Oboje byliśmy zasmuceni, gdy wyjeżdżaliśmy.
     Z ciekawostek i newsów - coś co nam się bardzo spodobało we Włoszech. DARMOWA woda w odpowiednich punktach czerpania. Do wyboru gazowana (!!!), niegazowana i bardzo zimna. Można przyjść z kanistrami, butlami i butelkami. Czy po prostu się napić. Świetny pomysł! Popieram :)Taka darmowa woda powinna być w każdym kraju, miasteczku i wsi!
Lago di Garda
Tutaj wybraliśmy się drugiego dnia pobytu w Brescii. To jezioro Garda, Olbrzymie jezioro, do któego objechania potrzeba aż 160 kilometrów! Robi wielkie wrażenie, a faluje niczym morze... Dzisiaj smażing, plażing i chilling. I jak widać na filmiku te piękne winnice... pewnie i winning... :P

Dzień 10 - Riomaggiore, Cinque Terre, Liguria we Włoszech
Riomaggiore. prowincja Liguria, dystrykt Cinque Terre <3 Bajka! To jedzenie... owoce morza pod każdą postacią - od wyrafinowanych dań z posh restauracji, po uliczne smażone ośmiorniczki i krewetki zamiast frytek... Fotka dzięki Magdzie z Beauty Salon Magdalena w Oxfordzie, która była moją świadkową na ślubie. Madzia - jesteś najlepsza! :*
I jak tu się nie zakochać w takich widoczkach??

Dzień 11 - 13 - Riomaggiore i Vernazza w Ligurii, Włochy
Co tu dużo mówić... Stało się! Spełniliśmy kolejne wspólne marzenie.
POBRALIŚMY SIĘ w bajecznym miejscu, otoczeni cudownymi ludźmi. Nie zamieniłabym ani jednego momentu, ani jednej chwili, ani jednej minuty. Było, jest i będzie cudownie. Dziękuję wszystkim, którzy sprawili, ze TEN DZIEŃ stał się tak wyjątkowy...
Teraz odpoczynek. A jutro...? TOSKANIA!
Film z water taxi (wodnej taksówki) w drodze do restauracji weselnej. Widok na Al Castello w Vernazza, restauracji na klifie. 


Dzień 14 - Region Toskanii i Florencja, Włochy
Kiedy emocje poślubne już opadły, spakowaliśmy nasze manatki i dalej w trasę! :) Żegnaj piękna i morska Ligurio! Witaj słoneczna, upalna, winno - oliwkowa Toskanio! :)Dziś szwendamy się po Florencji. Cudowne miasto! Kolejny przystanek z listy miejsc do odwiedzenia szlakiem Ezio Auditore di Firenze z gry Assassin's Creed.


Dzień 15 - Monteriggioni i Rzym (Włochy) oraz Watykan
     Wczoraj rozbiliśmy namiot 2km od Monteriggioni. To pole namiotowe, to najbardziej kozackie pole, jakie EVER widzieliśmy. Na wjeździe dostaliśmy w prezencie butelkę wina z ich winnicy... :o Pyszne Chianti. Na dzień dobry nas zaszokowali. Zjedliśmy przepyszną kolację w campingowej restauracji, która odwiedzają tubylcy z zewnątrz, posiedzieliśmy nad podświetlanym basenem i poszliśmy spać do naszego przytulnego namiotu... ;)
     Rano zawitaliśmy do... Monteriggioni! :)Tak!
Zrobiłam to! Kolejne marzenie spełnione. Marek, dziękuję za to, że mogę je realizować z Tobą :*
     Słynny zamek castello di Monteriggioni odwiedzony i zobaczony na własne oczy. Siedziba Ezio Auditore di Firenze, bohatera serii gier Assassin's Creed Ubisoftu, zobaczona w realu!
Jest mniejsza niż ta wirtualna i nie ma głównej willi na końcu murów, ale i tak jest przepiękna!
Ps. Wiem, że to wydarzenie zrozumieją tylko prawdziwi gamerzy... :P

     Dalej pognaliśmy do Rzymu, a tam skwar i upał. Termometr w naszym motorze pokazywał 36,5 stopnia!
Kocham takie upały <3  🌞🌞🌞😎👍
Jest i Collosseo! Robi wrażenie...
A poniżej filmik - zlepka z jazdy motorem ulicami Rzymu. Stabilizacja obrazu Sony Xperia Z5 po prostu miażdży - to już nie jest zwykły wymiar telefonu.

Dzień 16 - Państwo San Marino, miasto Rimini (Włochy)i Lido di Dante (Włochy)
Dzisiaj najstarsza republika świata - San Marino. Istnieje od 301 roku!
   San Marino ma bardzo ciekawą historię... my dzisiaj też jedną ciekawą mieliśmy, ale o tym poniżej ;)
Z Wikipedii:
"San Marino uważa się za najstarszą istniejącą republikę świata, utworzoną w 301 roku przez chrześcijańskiego budowniczego, kamieniarza (inni podają, że był kowalem) zwanego świętym Marinusem. Gdy uciekał przed prześladowcą chrześcijan, cesarzem rzymskim Dioklecjanem, ukrył się na szczycie Monte Titano (najwyższe z siedmiu wzgórz San Marino) i tam założył małą wspólnotę chrześcijańską. Właścicielka ziemi, Rimini, zapisała ją w testamencie wspólnocie chrześcijańskiej. Na pamiątkę kamieniarza ziemię nazwano „Ziemią San Marino”, by w końcu zmienić ją na „Republika San Marino”. "
     Na stacji benzynowej poznaliśmy Massimo, mówiącego bardzo ładnie po Polsku. Pomógł nam i pokazał, gdzie możemy naprawić naszą oponę, którą codziennie musieliśmy pompować, bo uciekało z niej powietrze... W zakładzie nikt nie mówił co prawda po angielsku ani polsku, ale rozmawialiśmy na migi i Google Translator się sprawdził też ;) Ale było śmiechu! Kolejna przygoda do kolekcji.
     P.S. Zakręt po włosku to kurwa... gdy nam tłumaczono, jak dojechać do wulkanizacji, to tyle wulkaryzmów poszło, że szok! :D  😂🙈🙊🙉 
A na koniec dnia - spaliśmy na plaży! Nie z braku kasy, jak podejrzewała Mama, czy namiotu. Z wyższej potrzeby ducha i serca... ;) I z racji potrzeby zobaczenia wschodu słońca... :D Ahhh, gdyby nie te platformy wiertnicze w tle :D

Dzień 17 - Wenecja, Włochy
     Dzisiaj ostatnia noc w Italii... Pokochaliśmy ten kraj, tak różnorodny i ciekawy! Wenecja zachwyca... Ale i wkurwia przepychem, tłokiem i komercją... Zerknij na fotki gondol... No proszę Cię ! Ile ich może być w wąskim kanale?? I kolejka 120 Japończyków do jednej... ;/ To duży minus tego miasta. Ale udało nam się znaleźć wiele pięknych , zacisznych miejsc, gdzie można było przycupnąć i pokontemplować.
     Wbrew opinii niektórych - w ogóle nie pachnie brzydko! Wręcz przeciwnie - czułam jedynie zapach espresso, czosnkowych frutti di mare (owoców morza), wody i wodorostów. No, może te najdelikatniejsze noski, nielubiące zapachu wody, uznają że to smrodek, ale mnie nie przeszkadzało. 
     Czas na nocne zwiedzanie. Śpimy dzisiaj w hotelu tuż przy placu świętego Marka. Zaszaleliśmy - ostatnia noc we Włoszech... Paradoks - wczoraj spaliśmy na plaży na nienadmuchanym materacu... a dziś w 4 gwiazdkach, z kapciuszkami i szlafroczkiem złożonym na łóżku, gdzie pod 'wodną bramę hotelową' podpływają gondole i wodne taksówki, które można zamówić w recepcji...















Dzień 18 - Przełęcz Stelvio i Strada del Vino, Włochy / Austria
Żegnamy się powoli z Italią, choć z ciężkim sercem.
     Rano nagle doznaję olśnienia, rano, gdy okazuje się, że recepcjonistka ni w ząb po anglijsku i po italsku - mówię w hotelu po niemiecku o.O Skubana ja, przypomniałam sobie lata nauki :D
     Gdy już przeszedł mi szok spowodowany nawrotem znajomości języka zapomnianego, wsiedliśmy na motor i pognaliśmy przed siebie. Przejechaliśmy magiczną STRADA DEL VINO, gdzie po horyzont, od gór do gór, ciągną się winnice. cudowny widok i zapach świeżych winogron! Zakupy winkowe tez zrobione. :)
     Tutaj znaki są w dwóch językach i ludzie gaworzą sobie po italsku i niemiecku. W winnicy, gdzie się zatrzymaliśmy, Pan sprzedający wino mówi po angielsku, opowiada, że mimo iż to jeszcze tereny włoskie, on czuje się Austryjakiem i to jego język... dziwnie troszkę, mieszkać w jednym kraju, ale sercem przynależeć do drugiego, który leży zaraz nieopodal.
     Nie mogliśmy też przepuścić okazji, żeby nie przejechać słynną (jeśli nie najsłynniejszą) przełęczą STELVIO. Taka kręta! Taka piękna! Na szczycie 4 stopnie i padające płatki śniegu!!! Amplitudy OGROMNE.

Dzień 19 - Tyrol, Austria

Udało nam się zobaczyć i przejechać kolejną przełęcz w Tyrolu.
Bardzo, bardzo podoba mi się podejście Austryjaków do 'bajkersów'. Machają, uśmiechają się, a w prawie każdej miejscowości znajdzie się zajazd / hotelik czy pensjonat przychylny motocyklistom. Z daleka widać mrygające neony przedstawiające motory, makiety motorów na dachach budynków, bannery z bajkami, czy duże napisy 'Herzlich willkommen motorrad'. I to lubimy! :)

Dzień 20 - Austria, NIemcy, Luksemburg, Belgia, Francja. Bruksela (Belgia)

Przejechaliśmy Austrię, Niemcy, Luksemburg i Belgię, aż do Francji.
Po drodze zwiedziliśmy centrum Luksemburga i zahaczyliśmy o belgijską Brukselę, gdzie zobaczyliśmy słynne Atomium. Robi wrażenie, a flaga dumnie powiewa na jego szczycie.
Czas na powrót do domu, witaj zimna Anglio... i tak to mniej więcej było...
Dziś, gdy mi smutno, gdy mi źle - właśnie za tymi dniami tęsknię i wspominam. Spełniła się jedna z moich wielkich przygód, o których marzyłam. W dodatku z najwspanialszym facetem u boku :) Dziękuję :*


Prześlij komentarz

Dzięki, że zostawiasz po sobie ślad - to zawsze motywuje :)